Żaluzja robi z oknem coś, czego żadna roleta nie potrafi. Zamiast wybierać, ile okna zasłonić, ustawiasz kąt lameli i kierujesz światło tam, gdzie ma trafić. Przy lamelach obróconych w górę promienie odbijają się od sufitu i pomieszczenie jest jasne bez słońca świecącego wprost w monitor. Przy obróconych w dół światło idzie pod parapet. To dlatego montaż żaluzji tak dobrze wychodzi w kuchniach, biurach i wszędzie, gdzie ktoś pracuje przy oknie.
Standardem są dwie szerokości lameli. Szesnaście milimetrów daje gęstszy układ, mniejsze prześwity i lepiej wygląda na małych oknach, na przykład w łazience czy nad zlewem. Dwadzieścia pięć milimetrów oznacza mniej lameli na tej samej wysokości, więc żaluzja jest lżejsza w obsłudze i mniej zbiera kurzu, a przy dużych przeszkleniach wygląda spokojniej. Do kuchni polecamy lakierowaną powierzchnię, która nie chłonie osadu z gotowania.
Sposób mocowania decyduje o tym, czy okno da się normalnie otwierać. Żaluzje montowane na skrzydle jadą razem z nim, więc uchylenie okna nie wymaga podnoszenia lameli. Wersja we wnęce albo na ścianie nad oknem sprawdza się przy oknach rzadko otwieranych i przy przeszkleniach stałych. Na pomiarze zawsze sprawdzamy, gdzie idzie klamka i czy dolna listwa nie będzie o nią zawadzać.
Do łazienek i kuchni schodzą dodatkowe warunki. Wilgoć nie szkodzi aluminium, ale drabinka sznurkowa w tanich żaluzjach potrafi się rozciągnąć, a wtedy lamele przestają się zamykać równo. Dlatego w pomieszczeniach mokrych zakładamy modele z drabinką taśmową i mechanizmem odpornym na wilgoć, nawet jeśli różnica w cenie jest widoczna.