Montaż rolet wygląda z zewnątrz na drobnicę, a w praktyce decyduje o tym, czy roleta będzie chodzić równo przez najbliższe kilkanaście lat. Najczęściej schodzi się na dwóch rzeczach: na dobraniu typu prowadzenia do konkretnego okna i na tym, jak roleta trzyma się ramy. Robimy montaż rolet u siebie w regionie od 2011 roku i przez ten czas widzieliśmy chyba każdy wariant okna, jaki wchodzi w polskie budownictwo, od starych drewnianych skrzynkowych po duże przesuwne HST.
Zaczynamy zawsze od pomiaru na miejscu. Wymiar podany przez telefon prawie nigdy się nie zgadza, bo klient mierzy szybę, a liczy się światło wnęki albo szerokość skrzydła razem z uszczelką. Przy okazji pomiaru sprawdzamy, czy okno ma zapas na kasetę, czy klamka nie będzie zawadzać o dolną listwę i czy w ogóle warto iść w rolety wolnowiszące, czy lepiej w kasetę z prowadnicami.
W ofercie mamy rolety materiałowe w kilku układach. Wolnowiszące, czyli najprostsze, montowane na uchwytach do ściany albo do sufitu, sprawdzają się nad dużymi przeszkleniami i w pomieszczeniach, gdzie nie zależy nam na pełnym zaciemnieniu. Rolety w kasecie z prowadnicami przylegają do szyby i odcinają światło po bokach, więc idą do sypialni i pokoi dzieci. Do okien dachowych stosujemy osobne systemy dopasowane do profilu producenta okna.
Materiał dobiera się pod pomieszczenie, nie pod kolor ściany. Do kuchni bierzemy tkaniny, które da się przetrzeć wilgotną szmatką, bo tłuszcz z patelni osiada na roletach szybciej, niż ktokolwiek się spodziewa. Do biur i pokoi z komputerem idą tkaniny typu screen, które tłumią słońce, a mimo to zostawiają widok na zewnątrz. Blackout ma sens tam, gdzie ktoś pracuje na zmiany albo dziecko musi zasnąć w czerwcu o dwudziestej.